Ann. 27 kwi 2010

Kompletnie straciłam poczucie czasu, myśli o mojej przyszłości u boku Maćka pochłonęły mnie do reszty, przez co straciłam łączność ze światem na jakąś godzinę czy półtorej. Ze stanu wstrzymania wyrwał mnie głos Kuby.
- Zuźka, wysiadamy! - drąc mi się do ucha, pociągnął za rękę. Na ramieniu miał swoją torbę, niebiesko-czarną z logo Nike'a, a dłoń - zaciśniętą na uchwycie mojego małego fioletowego cuda od Roxy.
- Możesz mi dać moją walizkę? - spytałam, gdy kulturalnie staliśmy na końcu kolejki pchającej się do wyjścia. Na zewnątrz Pilgrim dyrygował grupą - dziewczyny na lewo, chłopcy na prawo.
- Jasne, trzymaj.
- Kuba, ja... Może to nie jest dobry moment, ale... - chyba nie wiedział, że nie czeka go radość.
- Słucham, mów - zachęcił mnie.
- Nic do Ciebie nie czuję. Przykro mi - i niewiele myśląc zwiałam do drzwi busa, które właśnie się otwierały. Miałam to szczęście, że wybiegłam jako pierwsza. Z oka na chodnik spłynęła moja łza. Dlaczego? Przecież nic do Kuby nie czuję... A jeśli coś czuję, to znaczy, że jest ze mną hipermega nie za dobrze. Albo zrobiłam z siebie idiotkę, bo może on działał z czystej kultury, a nie miłości? Sama już nie wiem, co mam myśleć. Ogólnie moje życie jest beznadziejne…
- Marzenia spełniają się, trzeba tylko w nie wierzyć. To taka podstawa, dla niektórych nawet życiowa. Co ci się stało? - nie wiem, jakim cudem dotarłam do Maćka, który stał pod tym naszym ośrodkiem, oddalonym od busa o jakieś 10m.
To coś, w czym mieliśmy mieszkać przez najbliższe 3 tygodnie, było całkiem normalnie wyglądające, a przynajmniej z zewnątrz. Ściany budynku były piaskowe, a okiennice – ciemnobeżowe. Ogólnie przyjemnie się na to patrzyło. Przy głównym wejściu, tzn. szklanych drzwiach przesuwnych, przywieszona była tabliczka, informująca `Do morza tylko 10m!’. Praktycznie wszyscy szczęśliwcy, którym udało się już wydostać z busa, ucieszyli się z tej ciekawostki.
- Mnie? Nic - nie udzielę mu odpowiedzi na to pytanie. – Wyglądam, jakby mi się coś stało?
- Hmm, muszę na to odpowiadać?
- Nie, uznajmy sprawę za zamkniętą.
- Zuza, czy do ciebie muszę kierować jakieś specjalne instrukcje? Nie słyszałaś, dziewczyny na lewo, chłopcy (!) na prawo? – Jezu, jeszcze ten debil.
- Taaa, już idę, panie P.
- Przepraszam, pan jaki? – ehm, nieważne ;d. Fajnie, wszyscy, którzy znali jego przezwisko, czyli mniej więcej 70% tutejszej ludności, pękało ze śmiechu…
- Panie Ryszardzie, chyba się pan przesłyszał – ha, ha. Skasowałam ich ;p.
- Miejmy nadzieję – i odszedł do pani Sylwii. Mają romans?
- Świetna jesteś.
- Aga, nie podlizuj się. Pliss. Gdybyś została zignorowana przez swoją best friend trzy razy w ciągu jednego dnia, też by ci się różne rzeczy wyrywały…
- Yhm, rozumiem, że nie masz ochoty ze mną rozmawiać, tak?
- Nie mam ochoty z nikim rozmawiać – powiedziałam i odeszłam w stronę Mai. Mimo wszystko, teraz to właśnie ona wydawała mi się kimś, komu można zaufać i kto cię nie wystawi. Jakiś instynkt czy coś mi to podpowiadał. Nie zamieniwszy z nią ani słowa, stanęłam obok i wyciągnęłam komórkę. Mam iPhone’a od Burberry, zbierałam na niego rok, przy czym musiałam zrezygnować z lustrzanki i ray-banów. Ale to nie ma znaczenia.
. . Tyle jej na razie wystarczy. Po co się rozpisywać?
- Zuza, jesteś z nami w pokoju?
- Hm, co?
- No, jesteś ze mną i Oliwią w pokoju?
- Taa.
- I chyba też z Agą­­?
- Taa, dobrze, że mi przypomniałaś, Maja.
- Stało ci się coś? – ja nie wiem, dzisiaj jest dzień pytania ‘Stało ci się coś?’? Porąbało ich wszystkich czy ja tak źle wyglądam?
- Oprócz tego, że zrobiłam z siebie kompletną idiotkę, ludzie, na których mi zależy mnie unikają, ogólnie moje życie nie ma sensu, to czuję się całkiem dobrze, dzięki, że spytałaś, a co u ciebie?
W tym momencie zabrzmiał dzwonek mojej komórki, a mianowicie ‘Telephone’ Lady GaGi i Beyonce.
- Cześć, mamo.
- Zuza, jak to dobrze, że dojechałaś. Jaką macie pogodę? Ciepło się ubierasz? Co było na obiad?
- Ehm, świeci słońce, jestem ubrana, tak jak byłam (szare rurki, biały top, szara marynarka, popielata chustka, czarne baleriny [to dla Klef, pamiętasz tą laskę na Ludwiku xD?]), a obiadu jeszcze nie było. Jak zjem, to ci wyślę SMS-a, ok?
- Tak, dobrze, nie zapomnij. Tylko nie dzwoń, mam za 15 minut zebranie z kelnerami.
- Jasne, kocham cię, pa.
- Pa.
Moja matka jest nadopiekuńcza. Ogłaszam to wszem i wobec.
- Zuza, nie jest tak źle, jak sądzisz – Majka mnie ‘odczarowała’ tym swoim ciepłym, słodkim głosem.
- Co ty o mnie wiesz? NIC – odparowałam jej i udałam się w stronę marmurowego ‘tarasu’, który znajdował się przed szklanym wejściem do ośrodka. Usiadłam na jego brzegu i wystawiłam twarz do letniego słońca. Happy. Siedziałam tam z 10 minut, przysłuchując się krzykom Pielgrzyma, który starał się poustawiać moich ‘towarzyszy’ w rządki, gdy nagle coś, a raczej ktoś, zostawił mi drogę.
- Czemu tak siedzisz sama? – no nie, znowu ten Kuba. Mam go dość.
- Zrobiłam z siebie idiotkę i nie mam przyjaciół. Możesz mnie zostawić? – poprosiłam grzecznie. Za grzecznie jak na mnie.
- Może jednak zostanę? – upierał się przy swoim.
- Kurwa, nie rozumiesz, lalusiu?! Spieprzaj! – wydarłam się na tyle głośno, że każdy, w promieniu 500 metrów, mógł mnie usłyszeć. Oczywiście wszyscy popatrzyli na mnie zdumionym wzrokiem. Wszyscy, oprócz Maćka. Płakałam na maksa, nie mogłam powstrzymać łez. Nie chciałam. I, nie wiem, co mnie tknęło, wstałam i pobiegłam przed siebie. Nikt nie mógł wydusić z siebie słowa, nikt natychmiast nie pobiegł za mną. Nic. Pustka i cisza. Jak w komedii romantycznej, kiedy główna bohaterka zostaje sama ze swoimi problemami, i leży wtedy na swoim łóżku czy gdzieś tam. Zero. Biegłam, wiatr rozwiewał mi włosy. Poczułam bryzę, ale dalej byłam w jakiś zaroślach. Dopiero po stu metrach moim oczom ukazała się plaża. Z uśmiechniętymi rodzinami i dziećmi, z trzymającymi się za ręce zakochanymi, z psami, kotami itp. Ludzie cieszyli się tym, co mają, cieszyli się tą chwilą. Z twarzą mokrą od płaczu usiadłam na gorącym, polskim piasku. Niektórzy ludzie nie doceniają tego, co mają. Ja, niestety, do tych ludzi należę. Siedziałam tak przez dobre półgodziny, patrząc na tych wszystkich ludzi i fale Bałtyku, zanim usłyszałam dźwięk ‘Telephone’. Na wyświetlaczu pojawiło się imię Maćka. Zrezygnowana odrzuciłam połączenie i wyciszyłam głośnik. Do zera. Jeśli chcą mnie szukać, to znajdą. A jeśli nie… Nieważne. Po następnych 30 minutach moich uszu dobiegło stłumione nawoływanie, coś w stylu ‘Zuza! Zuza, gdzie jesteś?’. Jednak nie jestem na tyle głupia, by odkrzyknąć ‘Tutaj!’. Dla zatuszowania wszelkich dowodów, jakobym słyszała te krzyki, włożyłam do uszu słuchawki i puściłam Eskę Rock. Tylko tyle mogłam zrobić. Mam ich wszystkich gdzieś. Z nudów popatrzyłam na wyświetlacz. Wiadomość na nim brzmiała ‘107 Missed Calls’. Trochę dużo, nie powiem, że nie. Jednak, żeby zrobić na mnie wrażenie, muszą dobić do 200. Wtedy zadzwonię do Maćka z informacją, o miejscu mojego pobytu. Sprytne, nie? Wytrzymałam 10 minut i… znowu zaczęłam ryczeć. Spojrzałam na szybkę (xD) swojego telefonu. ‘201 Missed Calls’. Drżącymi rękami wybrałam numer Maćka. Znałam go na pamięć.
- Mm.. aciek?
- Zuza! Nareszcie! Gdzie jesteś?
- Na… pla… aży. Przyy… jdź.
- Na której plaży? Nie denerwuj się.
- Nie wiem, na któó… rej…
- Dobrze, już cię szukam. Oddzwonię.
I się rozłączył. Uśmiechnęłam się przez łzy. Zależy mu na mnie!
- Halo?
- Ja już jestem na plaży.
- Nie widzę cię…
- Poczekaj, ja cię widzę.
Przybiegł do mnie. Przytulił. Pocałował.
- Zuza. Nie rób tak więcej. Ok?
- Yhm...
- Wracamy.
Przez całą drogę powrotną mnie przytulał. Nie rozmawialiśmy. Nie było sensu. Już wychodziliśmy z lasu, gdy drogę zastąpiła nam jego mama. Nie była zła, była… zatroskana i szczęśliwa, że mnie widzi.
- Zuzia, jak się cieszę, że cię widzę. Maciek, weź torbę Zuzy do jej pokoju, nr 5.
- Dobrze, mamo.
- Zuzia, chodź, zrobię ci herbaty – wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do osobnego budynku, ciemnozielonego bungalowa. – Lepiej się czujesz?
- Yhm…
- Zuzia, nie martw się. Będzie dobrze. Nie ukarzemy cię za coś, co nie było tylko i wyłącznie twoją winą.
- Ale ja… Nie chcę wyjść na kogoś, kto, gdy ostawia histeryczne przedstawienie, od razu ma poparcie innych. Tak to teraz wygląda.
- Zuziu, zrozum, chcemy dla ciebie dobrze. Ja w szczególności.
- Pani? A to dlaczego?
- No bo widzisz…
W tym momencie do środka wpadł Pilgrim, za nim Aga, Maja i Angie.
- Zuza! – cała (!) ta czwórka ucieszyła się na mój widok. Dziewczyny aż piszczały z radości, prześcigając się, która pierwsza mnie przytuli.
- Dziewczyny, zostawcie nas samych z Zuzią – Pilgrim w roli dobrego Anioła Stróża? To się musiało źle skończyć.
- Dobrze – ze smutnymi minami udały się do wyjścia.
Jak znam P., to zaraz rozpocznie kazanie.
- Ugm, więc, Zuziu, podziwiam twoją determinację w dążeniu do celu – co proszę? Jaką determinację? Co on pieprzy? – Ale mogłaś nie używać w tym celu przekleństw. Ogólnie dobrze się spisałaś.
- Nie ma pan do mnie pretensji o to, że uciekłam? Że skompromitowałam nas wszystkich przed pracownikami ośrodka i turystami?
- Nie, cała wina jest po stronie Jakuba, który został za to ukarany.
Zajebiście, jeszcze wymyślili karę dla tego idioty. Super.
- Rozumiem… - tak serio, to nic z tego nie rozumiałam. Ale co tam.
- Dobrze, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. Teraz idź na obiad.
- Przyjaciele czekają – dodała pani Anecka. – Pospiesz się.
Wyszłam z tego domku i udałam się w stronę szklanych drzwi. W środku zobaczyłam kobietę, dziewczynę w zasadzie. Miała długie, rude włosy, oliwkową cerę i zielone oczy.
- Pomóc ci w czymś? – spytała. Nie była szczęśliwa, że mnie tu widzi. Ruda Zouza.
- Gdzie jest jadalnia?
- Brązowe drzwi.
- Dziękuję.
Z miną męczennicy udałam się w stronę ‘brązowych drzwi’. Jakoś specjalnie mi się tam nie spieszyło. Dźwięk otwieranych drzwi towarzyszył stu parom oczu, które się w nie wpatrywały. Jakimś cudem znalazłam się w środku, pod ostrzałem spojrzeń. Jedne były miłe, serdeczne (stoliki 1,2,3,4,5,6,7,8), inne były z pogardą (stoliki 9, 10). Przy 1-szym stoliku siedzieli: Maciek, Bambi, Wojtek, Łukasz, Aga, Maja, Oliwia oraz… Kuba i Glut. Tylko tam było wolne jedno miejsce. Pomiędzy Glutem a Maćkiem, co mnie nieco zdziwiło, że ta małpa nie chce siedzieć obok niego.
- Zuza, chodź do nas!
- Nie mam innego wyjścia…
Zanim doszłam do stolika, znalazłam się w objęciach Daniela, Wojtka, Łukasza, Oliwii, Natalii, Kamy, Oli, Kasi i długo by jeszcze wymieniać. Na końcu podszedł do mnie Kuba.
- Słuchaj, ja cię chciałem, ten tego, przeprosić…
- Nic nie szkodzi – za mnie odezwał się Maciek. – Teraz ją zostaw.
Posłał mu takie mordercze spojrzenie, że sama nie wiedziałam, czy nie zacząć się bać. Mimo wszystko się do mnie uśmiechnął, co od razu poprawiło mi humor. Chwilę później mój entuzjazm gdzieś się ulotnił. Musiałam usiąść obok Gluta. Niestety. Usiadłam, po czym wpatrywałam się w solniczkę. Zarąbista rzecz, polecam.
- Wszyscy już są? – zza marmurowego blatu wyłoniła się kucharka, pani w średnim wieku, z lekką nadwagą, siwymi włosami i ciepłym uśmiechem. Potakująco pokiwaliśmy głowami. Wtem, pani Ela, bo tak nam się przedstawiła, zarządziła, żebyśmy ustawili się w kolejce po zupę, którą miał być rosół. Wszyscy na raz poderwali się ze stolików, a ja, i moje tempo leniwca zakwalifikowaliśmy się na 99. pozycję tuż przed Kamą, która nie była specjalnie głodna, bo, mądre dziecko, w dzień przed wyjazdem nakupiła 10 paczek pestek z dyni, które zjadła sama, bo nikt z nas za nimi specjalnie nie przepadał.
- Zuzia! Chodź, przyniosłem ci! – Kuba?! Czego on znowu chce?
- Dziękuję… - Niczego innego nie mogłam z siebie wydusić.
Usiadłam na tym swoim przeklętym krześle. Nie miałam siły z nim rozmawiać. Nie zaszczyciłam go nawet spojrzeniem. Po chwili do stolika podszedł Maciek. Miał dwa talerze zupy.
- To dla ciebie, Zuza – powiedział, zrezygnowany. – Jednak widzę, że ktoś mnie już wyręczył.
- Maciek, ja… - no co mu miałam powiedzieć?
- Nie przejmuj się. Patrycja? – zawołał w głąb jadalni. – Chodź mam jeden talerz z zupą!
Nie mogłam uwierzyć, że to zrobił. Dlaczego akurat ona? Przecież na końcu kolejki stała Kama, nie mógł dać jej?
- Oh, Maciuś, dziękuję ci – jej słodki ton wywoływał u mnie mdłości. – Jak to dobrze, że już nie muszę tam stać. Nogi mi wysiadają.
- To trzeba było nie zakładać 15 centymetrowych szpilek i miniówki, żeby się maniacy seksu nie musieli schylać… Proszę, nie zdradzaj szczegółów, chcę zjeść obiad bez wizyty w łazience.
Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. A Maciek… Zaschło mu w gardle. O Kubie nie wspominając – zrobił taką minę, jakby to stwierdzenie dotyczyło także jego…

 ________________________________________________________________
Z dedykacją dla Kleff, de best friend po słońcem, która wgrała ten rozdział, i nawet  sama sobie napisała tę dedykację. Ach. Wrodzona skromność.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz